4/26/2016

Nasze indyjskie wesele

Nasze indyjskie wesele
Na początku było marzenie...wielkie  pragnienie bliskości i głębokiej miłości. Pragnienie prawdziwej relacji, prawdziwego spotkania. I pojawiło się poczucie, że już niczego i nikogo nie muszę szukać, że wszystko jest dookoła mnie. I że Ten, który od lat jest obok, może być ze mną na prawdę. Jeśli tylko tego zapragnę i poczuję wewnętrznie, że wchodzę w to całą sobą, na sto procent. Nawet gdy pojawią się totalnie trudne dni.




Wiecie co najbardziej przekonało mnie do ślubu tantrycznego? Co mnie w nim tak bardzo zafascynowało? To, że o ile ślub tradycyjny jest na "dobre i na złe" to i tak można się z niego wyplatać...żyć w separacji, wziąć rozwód, związać się z zupełnie nową osobą. A ślub tantryczny, bez papierka, bez podpisu w aktach łączy na zawsze, łączy dusze i serca. Gaja i Mario, tantryczne małżeństwo z długim stażem i z przebogatą historią, para, która mnie nieustannie inspiruje, powiedzieli coś dla mnie niesamowitego. Powiedzieli, że ślub tantryczny łączy zwłaszcza na złe, bo nie da się z niego wycofać. Że każdego dnia potrzeba ogromnej pracy i zaangażowania, żeby miłość rozwijała się  na wszystkich poziomach, żeby prowadziła nawet wtedy, gdy jest bardzo źle. I żeby dwoje ludzi nie trzymało swojej miłości tylko dla siebie, ale dzieliło się nią z innymi, dzieliło się entuzjazmem, radością, kreatywnością i zachwytem nad życiem. I właśnie to wszystko doprowadziło nas do momentu, w którym zachwyciliśmy się pomysłem ślubu w Indiach. Czasu do wyjazdu było nie wiele, oszczędności zero bo odkąd jesteśmy razem żyjemy z dnia na dzień, w pięknym przepływie, nie zatrzymując niczego na dłużej i nie przywiązując się ani do miejsc ani do rzeczy. On, ponieważ pracuje przy inwentaryzacji zieleni, skupił się na liczeniu, mierzeniu i przytulaniu setek drzew a jak trzeba było wyciąć te, które były chore, jak prawdziwy silny mężczyzna brał do ręki piłę i robił to co do niego należy. Ja w tym czasie przytulałam się do dużej ilości bawełnianych dzianin i całą energię włożyłam w barwienie i szycie pięknych rzeczy z wiarą, że znajdą szybciutko właścicieli. To taki stan, kiedy wszystko wydaje się możliwe, kiedy każda trudność jest cudownym wyzwaniem. Każda kłótnia i wyrażenie nawet najgorszych rzeczy jest budowaniem a nie niszczeniem. Najpiękniejsze momenty w życiu, kiedy czuję, że z Nim mogę pójść na koniec świata i że razem jesteśmy w stanie pokonać największe przeszkody. Po ciele przechodziły dreszcze ekscytacji, całymi dniami nuciłam weselny szlagier "przetańczyć z Tobą chcę całą noc i nie opuszczę Cię już na krok...". I wszystko dookoła nam sprzyjało. Mieliśmy całkowite wsparcie przyjaciół a wizja, że w Indiach wszyscy się spotkamy i razem będziemy świętować sprawiła, że udało się dotrzeć do kwiecistego, pachnącego piaskiem, zielenią i oceanem raju.



Program naszego wyjazdu wyglądał tak: najpierw mieliśmy swoją podróż poślubną i udział w warsztatach tantry, później wesele z pysznym jedzeniem i tańcami a na koniec ceremonię ślubu. Podróżowaliśmy każdego dnia i były to niezwykłe wyprawy. Na poranną kawę na plaży, na świeże kokosy, na kąpiele w ciepłej i otulającej wodzie, na zachody słońca i wschody księżyca. Nocą tańczyliśmy z planktonem, w dzień z piaskiem i falami. Lataliśmy jak orły, skakaliśmy jak małpy, pływaliśmy jak delfiny, wchodziliśmy do wody jak żółwie, wydawaliśmy dźwięki jak wszechobecne w Indiach psy i krowy. Wędrowaliśmy dalej i dalej w głąb siebie by jeszcze piękniej przygotować się do ślubu.
I towarzyszył nam taki księżyc...


W wieczór poprzedzający ceremonię zaczął się czas niespodzianek i prezentów od życia. Zaproponowano nam, abyśmy się rozdzielili i samotnie spędzili ten czas. Mój mężczyzna poszedł spać na plażę a ja znalazłam dla siebie piękne miejsce na skałach. Romantyzmu dodawał scenerii księżyc, który oświetlał ocean, szum fal i ciepło nagrzanych w ciągu dnia skał. Wzięłam ze sobą tubkę z indyjską henną, odkryłam przed księżycem brzuch i zaczęłam malować rysunek dla dziecka, które czuję bardzo blisko każdego dnia. On, jak się później okazało nie spał za wiele natomiast ja wróciłam do pokoju, wymyłam i wypielęgnowałam ciało i smacznie zasnęłam pełna oczekiwania na kolejny dzień. A kolejnego dnia rozpoczęło się coś czego nie opiszą żadne słowa! Dzień pełen wyzwań i prób, miłości, zabawy i radości...wypełniony po brzegi. Aż do wieczornej ceremonii byliśmy osobno, ja z kobietami, on z mężczyznami. Każde spojrzenie na siebie w oddaleniu powodowało jeszcze większą radość i chęć spotkania. Kobiety przygotowały dla mnie rytuał pieszczący wszystkie moje zmysły. Pełen dotyku, zapachów, smaków, odgłosów, pełen wszystkiego!  Otoczyły mnie miłością, wsparciem i dały tak wiele, że z wrażenia co chwilę śmiałam się i płakałam. Podczas gdy ja rozpływałam się w rozkoszy mężczyźni w tym czasie wystawili mojego przyszłego męża na próbę. Próbę męstwa i odwagi. Aby udowodnić nam i sobie, że na prawdę jest gotowy, miał popłyną i wrócić do skał mocno oddalonych od brzegu. Dla kogoś kto świetnie pływa, nie byłoby to wyzwaniem, ale On do tej pory nie pływał. Kilka dni wcześniej przepłynął swoje pierwsze kilka metrów. I popłynął, z odwagą, z wiarą, że się uda. Z pomocą mężczyzn, którzy asekurowali, wspierali i wierzyli tak głęboko jak On. Popłynął, wrócił i przywitał mnie przepięknym wyznaniem miłości. Wiem, że słowami nie oddam tego co się tam wtedy z nami działo...mam wrażenie, że połowy nie pamiętam, kręciło mi się w głowie, cała drżałam i nie byłam w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Czułam się jak egzotyczny delikatny kwiat a w Nim zobaczyłam nagle cały świat...








On płynął na skały a ja w tym czasie popłynęłam w totalną przyjemność, delikatność, kobiecość, miłość. Całkowicie rozpuściłam się w powietrzu, piasku, wodzie oraz w głosie i dotyku reszty kobiet. Tyle niespodzianek, radości, emocji. Każda chwila była wyjątkowa i ważna, dotyk, uśmiech, spojrzenie, słowo. Wszystko jest we mnie nadal i tańczy taniec życia.
Dzikość i siła przeplatały się z niewinnością i lekkością. Taki normalny cud!
I cudowny On i cudowna każda osoba, która z nami była. Normalna magia! Momentami czułam się jak połączenie rajskiej Ewy z bohaterką głośnych i kolorowych indyjskich filmów bollywood.










To wszystko co opisałam to zaledwie poranek, mała część dnia i wszystkiego co się wydarzyło do wieczornej ceremonii. Nie będę opisywać wszystkiego , bo działo się tyle, że musiałabym napisać książkę o wesołym indyjskim autobusie, o tańcach na stole i pysznym obiedzie na statku. O delfinach, których nie zobaczyliśmy wypływając w morze i o tych, które na drugi dzień przypłynęły do nas. O tym ile energii i czasu poświęcili na przygotowania wszyscy, którzy z nami byli. O obmywanych stopach, czerwonej wstążeczce, śpiewie Michała, który za każdym razem porusza mnie do głębi. Napisałabym też o naszych duszach, które tańczyły nadal przy świecach, gdy nas już tam nie było. I jeszcze o bogach, elfach i aniołach, które spotkały się w jednym miejscu i mówiły tym samym językiem. Musiałabym napisać również o tym, jak to jest gdy jest się wielkim sercem, które obejmuje cały świat. Zostawiam więc trochę tajemnicy, którą może odkryć każdy z Was w każdym momencie, jeśli tylko zechce...









Od ślubu minęły ponad dwa miesiące a ja nadal czuję wszystkie emocje w ciele, jestem nimi wypełniona po brzegi, czuję się, jakbym na nowo została zbudowana w inny niesamowity sposób. Niby wszystko jest takie same a jednak zupełnie inne.
   
Dziękuję za Waszą obecność, za wsparcie, za przygotowane niespodzianki, za opowieści, które teraz krążą z ust do ust. Dziękuję Reniu i Moniko za zdjęcia i filmy. Dziękuję Michale za śpiew. Dziękuję Wam Gaju i Mario za poprowadzenie nas do Tego momentu i pokazanie czym jest Tantra Serca. Dziękuję Mayaquen za pomoc w trudnych momentach i piękne rozmowy. Dziękuję ci Kochany, że byłeś, jesteś i będziesz.
Czas iść dalej i normalnie pięknie żyć!











Copyright © 2016 Manipura Style , Blogger