czwartek, 18 czerwca 2015

Inspirujący czas na wyspie i o tym jak powstała "Malena"

Rozdział "rajskiej wyspy" zakończony. Przynajmniej fizycznie, bo myślami czasem jeszcze wracam do tych przedziwnych  miesięcy. Zapisałam w tym czasie setki stron wielkiego czarnego zeszytu, który znalazłam w garażu podczas szperania i wyszukiwania sprzętów do urządzenia wynajętego, pustego mieszkania. Nie byłam jednak w stanie pisać tutaj, bo do tego potrzebuję swoich codziennych rytuałów, spokoju, dnia wypełnionego tym co uwielbiam. Tak, żebym zasypiając czuła się spełniona i szczęśliwa.Wtedy mogę pisać dla Was. Natomiast nie dające spać życie nocne wielkiego miasta, śpiewający w barze miejscowi staruszkowie i ciemnoskórzy transwestyci zarabiający na życie i ich głośne historie o czwartej nad ranem, zapach smażonego kurczaka z piętra poniżej i trzęsące się od wiatru plastikowe szyby w oknach klimatu do blogowania nie stwarzały. Ale za to pozwoliły wszystko sobie na nowo poukładać!
Od trzech tygodni jesteśmy już w Złotoryi, z naszym psiakiem, otoczeni soczystą wiosenną zielenią, kwiatami, zapachami. I cudowną ciszą, w której doskonale słyszę siebie i za niczym nie tęsknię.
I z radością piszę o czasie na wyspie!







Na wyspie najwięcej było błękitu, brunatnej wysuszonej ziemi i pyłu od Kalimy, powietrza wypełnionego piachem, przyniesionego z nad Sahary. Dookoła miejsca, w którym mieszkaliśmy nie było zieleni, takiej którą znam i kocham. W głębi wyspy można było zatopić się w zieleni palm i kaktusów - egzotyczna i piękna roślinność cieszyła tylko przez chwilę. Tęskniłam do polskich drzew. Podobno kaktusy a raczej ich kolce "tną energię" burząc harmonię miejsca...czułam coś takiego nieustannie!
To prawda. Był ocean kilka kroków od domu  i cudne zachody słońca. Zapamiętam je na zawsze i będę miło wspominać, ale...Nie czułam zapachów wiosennych kwiatów, nie słyszałam ptaków o świcie i  brakowało mi ciszy. Tętniące życiem Las Palmas jest dla wielu osób miejscem wyjątkowym, ale dla mnie było miejscem, w którym poczułam i zrozumiałam wyjątkowość Polski i miasta, w którym się urodziłam. Życie w miejscu bez zmian pór roku, bez gwałtownych wiosennych rozkwitów, bez zimowego letargu, bez tych wszystkich emocji spowodowanych pierwszymi pączkami na drzewach, wychylających się ze śniegu kwiatów, bez opadających liści i bez wygrzewania się przy grzejniku podczas długich deszczowych jesiennych wieczorów straciło dla mnie nagle cały urok. Może to szalone, ale zamieniłam mieszkanie przy oceanie, miejsce pełne słońca i turystycznych atrakcji na stary, niewyremontowany dom z zarośniętym ogrodem w małym nudnym miasteczku, gdzie za kilka miesięcy będzie szaro i zimno a ulice w rynku będą straszyć pustakami i brakiem życia miejskiego...w sumie, nawet to lubię. Na co dzień spokój i cisza a tylko czasem Wielki Świat, życie towarzyskie  i "dzianie się". Nawet w Las Palmas wolałam miejsca bez ludzi.





Podejmuję wyzwanie i przez najbliższy czas nie zamierzam się nigdzie stąd ruszać! Bo na wyspie bardzo mocno poczułam coś jeszcze...wielką miłość do tego czym od jakiegoś czasu się zajmuję. Manipurowe sukienki. Kilka miesięcy spędzonych na wyspie przepełnione były oswajaniem się z miejscem, pracą w hostelu,  nauką języka, urządzaniem mieszkania,  ale też plażowaniem, poznawaniem wyspy, długimi wieczorami przy hiszpańskiej paella i vino tinto. Trudne i cudowne jednocześnie chwile. Niesamowity i przedziwny czas. Ale tyle miesięcy bez szycia? Przecież "szycie jest piękne" i "szyje się tylko raz"!!!
Z różnych powodów to "piękne szycie " na wyspie było na ten moment zbyt trudne. Dopiero teraz rozumiem, czym tak na prawdę jest pasja, miłość do tego co się robi. Na przesyłkę z barwnikami czekałam ponad miesiąc. Zamówiłam ich tak dużo, że prawie wszystkie wiozłam z powrotem do Polski. Maszyny szukałam każdego dnia na wszystkich hiszpańskich  portalach, które znam. Kiedy już się poddawałam, On, jak zawsze, w takich chwilach, chcąc pomóc, wyciągnął mnie na spacer po okolicy. A w "okolicy" był sklep z używanymi maszynami. Udało się kupić cudnego czerwonego Singera, który teraz cieszy nową właścicielkę w Las Palmas. Ja się nią już nacieszyłam. Brakowało mi  tylko dobrego materiału. Na wyspie pewnych produktów bywa mało albo są cholernie drogie. Nasz chwilowy pobyt w Polsce zaowocował i to bardzo. Oprócz nowych planów i decyzji o powrocie, udało się wziąć ze sobą na wyspę cudną, białą bawełnę. Z pragnieniem zatrzymania w tkaninie tych niesamowitych kolorów, które miałam szczęście podziwiać w różnych częściach wyspy, o różnych porach dnia...na rajskich plażach, w klimatycznych miasteczkach, w wysokich górach z drogami jak serpentyny. I ten wielki błękit!





Chciałam zapisać podczas barwienia wszystkie emocje, złapać energie, które mnie tutaj najbardziej poruszyły. "Nieznośna lekkość bytu". Stan, w którym byłam otulona przyjemnością z każdej strony, kiedy szalały wszystkie zmysły, czułam się szczęśliwa, bardzo piękna i spokojna. Za niczym nie tęskniłam i nic mi nie było potrzebne. Liczyła się tylko TA chwila i TEN moment. Uczucie jakie mnie przepełniało w Arinadze, miasteczku przypominającym mi klimaty starych włoskich filmów. To właśnie w takim nieznośnie lekkiej chwili powstał pomysł na nową sukienkę. Popatrzyłam na te wszystkie rzeczy, których nie uda nam się zabrać i najbardziej szkoda mi było zebranych podczas długich porannych spacerów kamyczków. W różnych kolorach - od szarości przez brązy po turkusy. Miałam cztery kawałki materiału na cztery wyjątkowe sukienki. Inspirowane kolorami kamieni i tym cudownym uczuciem bycia kobietą szczęśliwą, zakochaną, z masą pomysłów na każde nowe miejsce i każdą sytuację. Włączyłam przepiękną Hindi Zahrę, nalałam sobie kieliszek hiszpańskiego vino tinto i przeniosłam się myślami do Arinagi...zobaczyłam się w pięknej, długiej, kobiecej sukience. Wyobraziłam sobie, że jestem jak Malena z filmu Tornatore, przechodzę przez miasto, w tej sukience, pewna siebie, zmysłowa, świadoma każdego swojego ruchu, "nieznośnie lekko"...Co prawda ubrana w innym klimacie niż filmowa Malena, bez rajstop i butów na obcasie, bo ich nie noszę. Zaraz przed powrotem do Polski odwiedziliśmy Arinagę jeszcze raz, żeby zrobić zdjęcia i przetestować sukienkę. Boso, w samej sukience, drogą przy Oceanie...Było bosko!

Tak właśnie powstaje każda manipurowa sukienka, zbudowana z emocji, wspomnień, pragnień, piękna, kobiecości. Powstaje dotykiem wszystkich zmysłów. Wzór sukienki przywiezionej z wyspy to właśnie "Malena". W ostatnich dniach odtwarzałam wszystkie odcienie błękitów zapamiętanych na wyspie i utrwalałam je właśnie w tym kroju sukienki.


Jestem wdzięczna za czas na wyspie. Bardzo niebieski, pełny wiatru i pociętej przez kaktusy, poszarpanej, niestałej i zmiennej energii , która przegoniła mnie do TU i TERAZ.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz