wtorek, 30 grudnia 2014

Pierwsze tygodnie na wyspie

Pobyt na wyspie, w Las Palmas, zaczął się zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałam!
Zamiast słońca ciemne chmury i deszcz, zamiast ciepła wiatr tak silny, że nie wystarczyły wszystkie moje rzeczy założone na raz, żeby się przed nim osłonić. Miało być gorąco więc spakowałam same manipurowe sukienki. Pierwszą z nich udało się założyć dopiero po tygodniu. Jeden bilet, w jedną stronę i jedna mała podręczna walizka na kilka miesięcy. Jak dobrze, że w końcu wyszło słońce :)














Wyszło słońce, więc koniecznie chciałam opalić swoje ciałko, wystawiając je na kilka godzin na plażę. Wiatr jak zwykle nie dawał spokoju, więc nie czułam gorąca. Po trzech godzinach leżakowania poczułam, że mój organizm tego nie wytrzyma. Przyzwyczajony do minusowej temperatury w zimie zbuntował się i przestał działać jak trzeba. A zamiast pięknej opalenizny przez kolejne dni moja skóra przypominała odpadającą skórę węża. Kolejna niespodzianka to brak snu przez prawie dwa tygodnie. Pokój w hostelu, w którym udało się nam zatrzymać, ma ogromne okna z niesamowitym widokiem na ocean. Coś przepięknego. Tuż pod oknem, za deptakiem wysypanym knajpkami i tłumem biegających od rana do nocy ludzi jest piękna plaża i woda. Podobno szum fal uspokaja. Niektórzy kupują nawet płyty z nagraniem tego szumu i relaksują ciało i umysł...
Mnie to niestety nie relaksuje i dopóki nie zdobyłam zatyczek do uszu, całe noce przewracałam się z boku na bok, zastanawiając się co ja właściwie tutaj robię??? Nie znoszę wiatru, a tu ciągle wieje. Zawsze wolałam jeziora i zieleń od miejskiego hałasu i piasku, który sypie w oczy i jest wszędzie - w pościeli, w torebce, w buzi, gdy za dużo się śmiejesz spacerując po plaży. I nie słychać tu ptaków a psy maja zakaz wstępu na deptak i plażę, więc też ich tu nie widuję. I zamiast odgłosami przyrody, poza szumem fal przez całą dobę, mój mózg zasypywany jest niezliczoną ilością informacji i głosów podekscytowanych ludzi mówiących w niezrozumiałych dla mnie językach. Nowe miejsce, praca, zwyczaje, hostelowi goście i brak własnej przestrzeni na poczucie siebie. Gdzie w tym wszystkim jestem ja???  I powtarzające się pytanie, co ja tutaj robię???













































Tak więc pierwsze dwa tygodnie to głównie wysyp wszelkiego rodzaju lęków i obaw. Że przyjazd to pomyłka, że wybór miejsca, którego zupełnie się nie zna, nie mówiąc już o dogadywaniu się z ludźmi to trochę szalony pomysł i że w tłumie krzyczących dookoła ludzi i wciąż pytających się Ciebie "jak się masz i co fajnego dziś zrobiłaś" można być bardzo samotnym. I nawet ten, który do tej pory rozśmieszał i łagodził moje złe nastroje, zaczyna złościć...
Jest o tej porze dużo cieplej niż w Polsce, mam za oknem plażę i ocean, piękne widoki, ale brakuje tego co było do tej pory najpiękniejsze - własna przestrzeń, poranne spisywanie snów, przy kawie i owsiance, cisza, intymność, dotyk, godziny spędzane na gotowaniu, szyciu, barwieniu, tańcu, masażu, kochaniu się, rozmowach i spacerach z naszym psiakiem. 
Kilka ulic od hostelu znalazłam coś, co pomaga mi zaczynać od nowa każdy dzień, nawet jeśli czuję, że poprzedni był totalnie zmarnowany na lęki, smutki, kłótnie i rozmyślania o kolejnym cudownym miejscu, w którym nie byłoby trudnych sytuacji, wszystko działo by się samo i żylibyśmy długo i szczęśliwie...
"Każdy dzień jest nowym oknem na Twój świat"


























Po tych kilkunastu dniach poznawania nowego miejsca, obserwowania ludzi, siebie i nas razem w nowej sytuacji, w końcu zaczynam czuć siebie i słyszeć ten cudowny wewnętrzny głos, odzyskuję swoją radość i moc! I zaczynam widzieć te wszystkie niesamowite rzeczy dookoła, dostrzegam, po co spotykam tych wszystkich ludzi, w końcu zaczynam się nimi cieszyć...wszystko jest tak jak ma być i dostaję dokładnie to czego potrzebuję. Jest tu w Las Palmas taki magiczny zakątek, niedaleko hostelu, gdzie nie ma turystów, zmienia się architektura, nie widać nowoczesnych hoteli tylko małe stare budyneczki z tarasami, gdzie pojawiają się psiaki, słychać rozmowy miejscowych, jest zupełnie inaczej. I tam właśnie nabieram mocy, wyciszam się, czuję spokój i mam ochotę uszyć jakąś nową sukienkę :) Mam już tkaniny, znalazłam też niebieski barwnik. Krok po kroku. Za kilka dni pojawi się maszyna, a potem mieszkanie pełne słońca i przestrzeń na gotowanie, barwienie, pisanie, taniec, bliskość, ze sobą i z nim...Jest cudownie! 









































O tych cudownościach, pięknych zakątkach, odkryciach i pomysłach postaram się pisać w wolnych chwilach. A tutaj moje okno na świat, może dzisiaj szum fal mnie uśpi zamiast wkurzać...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz