czwartek, 22 września 2016

Cyjanotypia my love

Cyjanotypia towarzyszy mi już od kilku lat i nieustannie mnie zachwyca. Miałam szczęście poznać tę technikę pracując przez jakiś czas w szkole fotograficznej. Od tamtej pory pojawiają się we mnie pomysły na obrazy, przedmioty i tkaniny wykorzystujące ten niebieski cud.
Wiele osób dopytuje mnie co to jest ta tajemnicza cyjanotypia? O jej historii wiem tyle, ile doczytałam na kilu polskich i zagranicznych stronach. Bardziej niż teoria interesowała mnie zawsze praktyka i niekończące się eksperymenty. Cyjanotypia to jedna se starszych technik powielania obrazu, zwana jest fotograficzną techniką szlachetną. Opracował ją w roku 1842 sir John Herschel wykorzystując dwie substancję: światłoczuły cytrynian i żelazicyjanek dający odbitce charakterystyczny błękit pruski. Metoda ta jednak najbardziej jest znana dzięki Annie Atkins. Cyjanotypię wykorzystała do stworzenia ilustracji do  książki na temat alg: "British Algae: Cyanotype Impressions" Była to pierwsza w historii książka ilustrowana fotografiami a raczej fotogramami,  opublikowana w latach 1843–1853.



Tyle historii a w praktyce wygląda to tak mniej więcej tak...
Przygotowuję specjalny roztwór, którym pokrywam papier lub tkaninę. Czekając aż podłoże wyschnie, zabieram się za wybranie motywów do naświetlania. Mogą to być rośliny, drobne przedmioty lub przygotowane wcześniej negatywy konkretnych zdjęć. Na wysuszone podłoże (papier czy tkanina) nakładam wybrany motyw, dociskam szybą i naświetlam w słoneczny dzień na słońcu, w pochmurny specjalną lampą. Papier czy tkanina nie ma jeszcze pożądanego niebieskiego koloru bo przed nami najbardziej magiczny moment. Wywoływanie obrazu za pomocą wody. Papier lub tkaninę zanurzamy w zimnej wodzie i wypłukujemy resztki roztworu. Z minuty na minutę pojawia się wyraźny wzór i uzyskany odcień. Pozostaje wysuszyć obraz i cieszyć się jego widokiem!




Ostatni weekend spędziłam naświetlając dwa motywy: przywiezione z Litwy listki oraz lunarię.
Jako podłoża użyłam grubego papieru z wyraźną teksturą oraz len o grubym splocie i cieńszy, delikatny.
Litewskie liście to prezent, jaki dostałam od miejscowego lasu. Razem z Nim wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu grzybów. A ponieważ On uwielbia to zajęcie a ja mniej, rozglądałam się za czymś zupełnie innym. Czułam, że w pobliżu jest coś co bardzo mnie zainteresuje. Zobaczyłam niezwykłą srebrzystą roślinkę, wyróżniającą się od reszty zielonego lasu. Każdy jej listek został zjedzony przez wygłodniałe robaczki, które zainteresowane były tylko zieloną częścią pozostawiając wszystkie żyłki. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. W sekundę zobaczyłam je naświetlone na papierze...zerwałam, zasuszyłam i są...na obrazach, kawałkach tkanin a niedługo jeszcze na kilku innych projektach.









Druga upragniona i długo wyszukiwana roślina to lunaria czyli miesięcznica. Kiedyś popularna na działkach ostatnio jakoś mniej uprawiana. Wyobrażałam sobie jak pięknie musi przez nią przechodzić światło i jakie obrazy po sobie zostawiać. Miałam przed oczami kartki zapełnione obrazami lunarii - księżycowej rośliny. Przechodziłam całą Złotoryję w poszukiwaniu srebrnych blaszek. Nic z tego, nigdzie ich nie było. Odłożyłam więc pomysły na inny czas. I kiedy prawie zupełnie o tym zapomniałam pojawiła się moja siostra z informacją, że chyba ma coś takiego na swojej świeżo zdobytej działce!
Mam jej całe pudełko i mogę wymyślać wzory przez całą długą jesień. A już za chwilę pojawią się one na tkaninie i na miękkich błękitnych poduchach.
































środa, 31 sierpnia 2016

Babie lato

Czas mija bardzo, bardzo szybko. I tak wiele się dzieje nawet jak pozornie nie dzieje się nic. Niedawno pisałam o Indiach a to już ostatni dzień sierpnia i babie lato dookoła. Ciągle piszę ale w zeszytach, do komputera nie mam cierpliwości. Piszę przy stoliku w ogrodzie podczas porannej kawy, w ciszy.
A komputer działa tylko w domu i jest bardzo stary i głośny. Siedząc w ogrodzie patrzę sobie jak dojrzewają jabłka, maliny i jeżyny. Pojawiają się też dynie...a to już zapowiedź zbliżającej się jesieni!
Na szczęście pogoda mnie rozpieszcza, jest pięknie i słonecznie. Idealny czas na długie spacery po okolicy i zdjęcia nowych manipurowych rzeczy. Fotografuje On, bo tylko ON ma tyle cierpliwości, żeby znosić moje zmienne nastroje podczas sesji. A jeśli chodzi o cierpliwość to przyda się jej i mnie. Dużo przed nami nowego. Ale o tym w kolejnych postach :)
Póki co mamy babie lato i piękne, zwiewne spódnice.
Jeszcze cienkie i lekkie. Kolejne będą z grubszego materiału na chłodniejsze dni.














wtorek, 26 kwietnia 2016

Nasze indyjskie wesele

Na początku było marzenie...wielkie  pragnienie bliskości i głębokiej miłości. Pragnienie prawdziwej relacji, prawdziwego spotkania. I pojawiło się poczucie, że już niczego i nikogo nie muszę szukać, że wszystko jest dookoła mnie. I że Ten, który od lat jest obok, może być ze mną na prawdę. Jeśli tylko tego zapragnę i poczuję wewnętrznie, że wchodzę w to całą sobą, na sto procent. Nawet gdy pojawią się totalnie trudne dni.




Wiecie co najbardziej przekonało mnie do ślubu tantrycznego? Co mnie w nim tak bardzo zafascynowało? To, że o ile ślub tradycyjny jest na "dobre i na złe" to i tak można się z niego wyplatać...żyć w separacji, wziąć rozwód, związać się z zupełnie nową osobą. A ślub tantryczny, bez papierka, bez podpisu w aktach łączy na zawsze, łączy dusze i serca. Gaja i Mario, tantryczne małżeństwo z długim stażem i z przebogatą historią, para, która mnie nieustannie inspiruje, powiedzieli coś dla mnie niesamowitego. Powiedzieli, że ślub tantryczny łączy zwłaszcza na złe, bo nie da się z niego wycofać. Że każdego dnia potrzeba ogromnej pracy i zaangażowania, żeby miłość rozwijała się  na wszystkich poziomach, żeby prowadziła nawet wtedy, gdy jest bardzo źle. I żeby dwoje ludzi nie trzymało swojej miłości tylko dla siebie, ale dzieliło się nią z innymi, dzieliło się entuzjazmem, radością, kreatywnością i zachwytem nad życiem. I właśnie to wszystko doprowadziło nas do momentu, w którym zachwyciliśmy się pomysłem ślubu w Indiach. Czasu do wyjazdu było nie wiele, oszczędności zero bo odkąd jesteśmy razem żyjemy z dnia na dzień, w pięknym przepływie, nie zatrzymując niczego na dłużej i nie przywiązując się ani do miejsc ani do rzeczy. On, ponieważ pracuje przy inwentaryzacji zieleni, skupił się na liczeniu, mierzeniu i przytulaniu setek drzew a jak trzeba było wyciąć te, które były chore, jak prawdziwy silny mężczyzna brał do ręki piłę i robił to co do niego należy. Ja w tym czasie przytulałam się do dużej ilości bawełnianych dzianin i całą energię włożyłam w barwienie i szycie pięknych rzeczy z wiarą, że znajdą szybciutko właścicieli. To taki stan, kiedy wszystko wydaje się możliwe, kiedy każda trudność jest cudownym wyzwaniem. Każda kłótnia i wyrażenie nawet najgorszych rzeczy jest budowaniem a nie niszczeniem. Najpiękniejsze momenty w życiu, kiedy czuję, że z Nim mogę pójść na koniec świata i że razem jesteśmy w stanie pokonać największe przeszkody. Po ciele przechodziły dreszcze ekscytacji, całymi dniami nuciłam weselny szlagier "przetańczyć z Tobą chcę całą noc i nie opuszczę Cię już na krok...". I wszystko dookoła nam sprzyjało. Mieliśmy całkowite wsparcie przyjaciół a wizja, że w Indiach wszyscy się spotkamy i razem będziemy świętować sprawiła, że udało się dotrzeć do kwiecistego, pachnącego piaskiem, zielenią i oceanem raju.


Program naszego wyjazdu wyglądał tak: najpierw mieliśmy swoją podróż poślubną i udział w warsztatach tantry, później wesele z pysznym jedzeniem i tańcami a na koniec ceremonię ślubu. Podróżowaliśmy każdego dnia i były to niezwykłe wyprawy. Na poranną kawę na plaży, na świeże kokosy, na kąpiele w ciepłej i otulającej wodzie, na zachody słońca i wschody księżyca. Nocą tańczyliśmy z planktonem, w dzień z piaskiem i falami. Lataliśmy jak orły, skakaliśmy jak małpy, pływaliśmy jak delfiny, wchodziliśmy do wody jak żółwie, wydawaliśmy dźwięki jak wszechobecne w Indiach psy i krowy. Wędrowaliśmy dalej i dalej w głąb siebie by jeszcze piękniej przygotować się do ślubu.
I towarzyszył nam taki księżyc...

























W wieczór poprzedzający ceremonię zaczął się czas niespodzianek i prezentów od życia. Zaproponowano nam, abyśmy się rozdzielili i samotnie spędzili ten czas. Mój mężczyzna poszedł spać na plażę a ja znalazłam dla siebie piękne miejsce na skałach. Romantyzmu dodawał scenerii księżyc, który oświetlał ocean, szum fal i ciepło nagrzanych w ciągu dnia skał. Wzięłam ze sobą tubkę z indyjską henną, odkryłam przed księżycem brzuch i zaczęłam malować rysunek dla dziecka, które czuję bardzo blisko każdego dnia. On, jak się później okazało nie spał za wiele natomiast ja wróciłam do pokoju, wymyłam i wypielęgnowałam ciało i smacznie zasnęłam pełna oczekiwania na kolejny dzień. A kolejnego dnia rozpoczęło się coś czego nie opiszą żadne słowa! Dzień pełen wyzwań i prób, miłości, zabawy i radości...wypełniony po brzegi. Aż do wieczornej ceremonii byliśmy osobno, ja z kobietami, on z mężczyznami. Każde spojrzenie na siebie w oddaleniu powodowało jeszcze większą radość i chęć spotkania. Kobiety przygotowały dla mnie rytuał pieszczący wszystkie moje zmysły. Pełen dotyku, zapachów, smaków, odgłosów, pełen wszystkiego!  Otoczyły mnie miłością, wsparciem i dały tak wiele, że z wrażenia co chwilę śmiałam się i płakałam. Podczas gdy ja rozpływałam się w rozkoszy mężczyźni w tym czasie wystawili mojego przyszłego męża na próbę. Próbę męstwa i odwagi. Aby udowodnić nam i sobie, że na prawdę jest gotowy, miał popłyną i wrócić do skał mocno oddalonych od brzegu. Dla kogoś kto świetnie pływa, nie byłoby to wyzwaniem, ale On do tej pory nie pływał. Kilka dni wcześniej przepłynął swoje pierwsze kilka metrów. I popłynął, z odwagą, z wiarą, że się uda. Z pomocą mężczyzn, którzy asekurowali, wspierali i wierzyli tak głęboko jak On. Popłynął, wrócił i przywitał mnie przepięknym wyznaniem miłości. Wiem, że słowami nie oddam tego co się tam wtedy z nami działo...mam wrażenie, że połowy nie pamiętam, kręciło mi się w głowie, cała drżałam i nie byłam w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Czułam się jak egzotyczny delikatny kwiat a w Nim zobaczyłam nagle cały świat...














On płynął na skały a ja w tym czasie popłynęłam w totalną przyjemność, delikatność, kobiecość, miłość. Całkowicie rozpuściłam się w powietrzu, piasku, wodzie oraz w głosie i dotyku reszty kobiet. Tyle niespodzianek, radości, emocji. Każda chwila była wyjątkowa i ważna, dotyk, uśmiech, spojrzenie, słowo. Wszystko jest we mnie nadal i tańczy taniec życia.
Dzikość i siła przeplatały się z niewinnością i lekkością. Taki normalny cud!
I cudowny On i cudowna każda osoba, która z nami była. Normalna magia! Momentami czułam się jak połączenie rajskiej Ewy z bohaterką głośnych i kolorowych indyjskich filmów bollywood.



















































To wszystko co opisałam to zaledwie poranek, mała część dnia i wszystkiego co się wydarzyło do wieczornej ceremonii. Nie będę opisywać wszystkiego , bo działo się tyle, że musiałabym napisać książkę o wesołym indyjskim autobusie, o tańcach na stole i pysznym obiedzie na statku. O delfinach, których nie zobaczyliśmy wypływając w morze i o tych, które na drugi dzień przypłynęły do nas. O tym ile energii i czasu poświęcili na przygotowania wszyscy, którzy z nami byli. O obmywanych stopach, czerwonej wstążeczce, śpiewie Michała, który za każdym razem porusza mnie do głębi. Napisałabym też o naszych duszach, które tańczyły nadal przy świecach, gdy nas już tam nie było. I jeszcze o bogach, elfach i aniołach, które spotkały się w jednym miejscu i mówiły tym samym językiem. Musiałabym napisać również o tym, jak to jest gdy jest się wielkim sercem, które obejmuje cały świat. Zostawiam więc trochę tajemnicy, którą może odkryć każdy z Was w każdym momencie, jeśli tylko zechce...
































Od ślubu minęły ponad dwa miesiące a ja nadal czuję wszystkie emocje w ciele, jestem nimi wypełniona po brzegi, czuję się, jakbym na nowo została zbudowana w inny niesamowity sposób. Niby wszystko jest takie same a jednak zupełnie inne.
   
Dziękuję za Waszą obecność, za wsparcie, za przygotowane niespodzianki, za opowieści, które teraz krążą z ust do ust. Dziękuję Reniu i Moniko za zdjęcia i filmy. Dziękuję Michale za śpiew. Dziękuję Wam Gaju i Mario za poprowadzenie nas do Tego momentu i pokazanie czym jest Tantra Serca. Dziękuję Mayaquen za pomoc w trudnych momentach i piękne rozmowy. Dziękuję ci Kochany, że byłeś, jesteś i będziesz.
Czas iść dalej i normalnie pięknie żyć!











piątek, 5 lutego 2016

Biała sukienka

Od kilku dni szyję sukienkę. Tnę, fastryguję, przymierzam i złoszczę się, że ciągle nie jest tak idealnie jakbym chciała, że mam za dużo pomysłów na raz i nie mogę uszyć tej jednej, jedynej...więc tnę na nowo, zmieniam, rzucam wszystko w kąt, by za chwilę znów do tego wrócić. Od kilku dni snuję się po domu i przeżywam wszystkie możliwe stany, od ekscytacji i euforii po totalną beznadzieję...mieszanka wybuchowa, która nie daje w nocy spać. Szaleństwo. Uszyłam już setki sukienek, ale ta jest zupełnie inna. Bo dla mnie. Na wyjątkową okazję. I jest biała, zupełnie biała. Bez kolorowych upiększeń, bez dodatków, wymyślona i uszyta tak jak potrafię i czuję.


Szyję ją od kilku dni, ale tak na prawdę w sercu noszę od dziewięciu lat. Dziecko dojrzewa w brzuszku mamy dziewięć miesięcy a moje marzenia dojrzewały w sercu dziewięć lat...to właśnie wtedy przeczytałam historię, opowiadającą o ślubie tantrycznym, o rytuałach, które mu towarzyszą i osobach, które przez te rytuały prowadzą. Poczułam coś niesamowitego, ciepło w ciele i dziwne uczucie, że to część również mojej historii. Nie wiedziałam czym jest tak na prawdę tantra, nie widziałam koło siebie tego jedynego, nie sądziłam, że kiedykolwiek zacznę szyć i ubierać kobiety w piękno i radość. Jedyne co wiedziałam to to, że trzeba wyruszyć w drogę. Dziewięć lat niesamowitej, długiej, pokręconej drogi. Do tego miejsca.
Biała sukienka gotowa. Wszyłam w nią wszystkie najpiękniejsze przeżycia. Całą miłość jaką w sobie odkryłam. Całą radość jakiej doświadczam. I totalną wdzięczność. Do siebie, że wtedy, dawno temu wyruszyłam w drogę, zupełnie nie wiedząc gdzie mnie to zaprowadzi. Do Tego, który ciągle jest obok, za to, że idzie ze mną w zaufaniu i wiem, że poszedłby na koniec świata. Za Tantrę Serca i wszystkie cuda, które mnie spotkały.







Wyruszamy w kolejną podróż, dużo dalej i dużo głębiej...kierunek Indie. Pierwszy raz jadę do Indii i pierwszy raz będę żoną. W sumie to z Niego fajny facet a i pannę ma fajną...więc niech się dzieje!